Kto z Was tu do mnie zagląda, ten z pewnością wie, że jestem zauroczona literaturą azjatycką, czy koreańską, czy japońską, której to nie brakuje na naszym rynku wydawniczym.
Jak sądzicie, czy i ta pozycja mnie zachwyciła?
Wraz z tą historią, wędrujemy do Korei, do Seulu. Według powieści, Korea mierzy się z problemem niskiego przyrostu naturalnego, rząd pragnie wyjść naprzeciw młodym małżeństwom i wspomóc rodziny. Na obrzeżach stolicy postanawiają wybudować Osiedle sielskiej przyszłości, młodzi mogą starać się o zamieszkanie w nowym miejscu, ale pod pewnymi warunkami. Mieszkania są tańsze i duże, dostosowane do rodzin z dziećmi. Jednym z warunków jest deklaracja (chęci) posiadania trójki dzieci. Badania i ogrom innych dokumentów, które każda z zainteresowanych par musiała złożyć, by spróbować zakwalifikować się do programu.
Mniej więcej w taki sposób jako czytelnicy zostajemy wprowadzeni w sytuację rodzin i sytuację ekonomiczną Korei. (Czy to jest zgodne z prawdą, czy nie? Nie mam pojęcia, nie weryfikowałam informacji).
Na początku powieści poznajemy bohaterów zamieszkujących osiedle, jak również parę, która dopiero się wprowadza. I powoli wchodzimy, jako obserwatorzy w krąg rodzin i więzi jakie powoli zacieśniają się między bohaterami lub nie.
I wydawało się, gdy tak wnikałam coraz bardziej w przestrzenie literackie, że jest to bardzo dobra książka, jednak im dalej w las, moje rozczarowanie wzrastało.
Dlaczego?
Śledzimy akcję z perspektywy jednej rodziny (przynajmniej z założenia), ale tak naprawdę obserwujemy wszystko oczami każdego z dorosłych bohaterów, ponieważ dzieci są raczej tłem wydarzeń, niż niezależnymi postaciami, które wyrażają swoje zdanie itp. Poza tym, dla mnie jako Europejki, która nie zna sytuacji ekonomicznej Korei i nie odnajduje się także w imionach, nazwiskach koreańskich i ich używania odnośnie dzieci itp. miałam duży problem, przez prawie cała książkę kto kim jest. Rodziny i postacie mi się nieustannie mieszały, ponieważ prawie niczym się nie wyróżniały, miały mało cech charakterystycznych, czułam się skonfundowana podczas lektury. Nie dałabym rady rozrysować postaci..., jedynym co te postaci rozróżniało, to uwaga - zawód, praca jaką wykonywali.
Poza powyższym zarzutem, mam jeszcze jeden. Relacje między bohaterami są opisywane, ale dość płytko i cały czas się zastanawiałam dlaczego np. dana postać nie lubi tej drugiej? To, co się działo w danej chwili wydawało mi się niewystarczające. Poza tym ukazywanie, że rodziny mieszkają na obrzeżach Seulu, a z drugiej strony takie opisy, jakby mieszkali na totalnym odludziu sprawiało, że nabierałam wątpliwości, co do koncepcji tej krótkiej książki. Historia ma potencjał, ale jest opisana zdecydowanie zbyt płytko i nie przekonuje.
Jedyne co wydało mi się interesujące to zakończenie, chociaż i w nim widzę zbyt wiele niedomówień. A także sama koncepcja wydawała się dobrym literackim przedsięwzięciem. Aczkolwiek autorka nie przekonała mnie ani przy Piekarni czarodzieja, ani przy pomyśle z Osiedlem sielskiej przyszłości. Dlatego wydaje mi się, że po trzecią książkę z pod pióra Gu Byeong-mo już nie sięgnę.
Z tą różnicą, że Piekarni nie doczytałam, a Osiedle doczytałam do końca, ale trochę się zmusiłam do tego.
Z jednej strony warto się przekonać, czy Was nie zainteresuje, ale znam tyle lepszych tytułów, że wolałabym chyba polecić Wam coś znacznie lepszego..., a już z pewnością nie powinno się od niej zaczynać czytania literatury azjatyckiej.
A właśnie, tak mi teraz przyszło do głowy. Ta powieść, a może i nawet ta autorka, ma w swoim pisaniu coś bardziej europejskiego niż inni autorzy z tamtej części świata. Zabrakło mi tego spokoju i zatrzymania w tej książce. Nie ma tu cech charakteryzujących literaturę azjatycką. Oczywiście moim zdaniem.
Paulina O.
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz
Bardzo dziękuję za każdy pozostawiony komentarz, bardzo mnie motywują do działania. Warto pozostawić po sobie ślad :).